wtorek, 23 stycznia 2018

Sodoma

- Filu, no co ty, zepchnąłeś keczup parówką wprost poza talerz i na spodnie?
- No...
- Spychaczu... Zbieraj! Zrzucaj jak najwięcej na spodnie. - Nabijam się. A Fi. już chce zaradzić coś na swoją plamę. - Czekaj, nie rozcieraj po spodniach, ja zbiorę nożem. Tak jest najlepiej. - Skoczyłem do szuflady ze sztućcami. Tymczasem Fi. przemyślał wszystko.
- Tato, ty nie możesz mówić żadnych słów głupich, złych i groźnych.
- A głupie, złe i groźne słowa to są takie, z którymi ty się nie zgadzasz? Albo jak się śmieję z czegoś, co ty zrobiłeś?
- Tak, to są takie, z którymi ja się nie zgadzam.
- I ja nie mogę nic takiego mówić?
- Tak. I na takie słowa spadnie ogień i spłoną na całym świecie, i ich nie będzie.
- Ha ha. - Zaczynam stylizować na opis zniszczenia Sodomy: - I zesłał Pan ogień i deszcz siarki na wszystkie słowa złe, głupie i groźne, z którymi nie zgadzał się Filo i zniknęły, i tylko dym się unosił.
- Tak, tato. Tak było, to znaczy tak będzie. - Poważnie podsumował syn mój.

poniedziałek, 22 stycznia 2018

Grzeczni

- Babcia Bożenka ma wyjść! - Krzyczy U.
- Ale to ja muszę wyjść. - Tłumaczy A.
- Nie, ty nie wychodzisz!
- Wychodzę.
- Ja wyjdę z tobą.
- Nie, ja muszę sama, bo idę do lekarza. - I tak dalej - opowiada mi o tej scenie A.
- Aha. - Potakuję i komentuję. - Już to sobie wyobrażam. Genialna logika Uli: skoro babcia zostaje, żeby mama mogła wyjść, to babcia musi wyjść, żeby mama mogła zostać. I w dodatku wyrażanie sprzeciwu nie ma skali; jest tylko zero albo maksimum. Czyli jak się coś nie podoba, to w najwyższe tony i histeria. Skąd ona się tego nauczyła? Przecież my tak nie robimy. Wręcz przeciwnie. Al. moja siostra wręcz kiedyś mówiła, pamiętasz, "Boże, ale wy się beznadziejnie kłócicie". W sensie, że tak spokojnie.
- A najlepsze, że potem się chwaliła: "I byłam już grzeczna".
- No właśnie, przeszła na zero.

Wieczorem kąpią się razem: Fi. z U. Kłótnia. Wyjmuję Fi.
- Tato, teraz musisz mnie przeprosić.
- Za co?
- Za to, że byłeś niemiły.
- Przykro mi, ale ja cię po prostu wyjąłem i zrobiłem to delikatnie. Specjalnie delikatnie, żebyś nie miał się do czego przyczepić. - Z trudem kończę zdania poprzez jęki i wyrzekanie Fi. - A wyjąłem akurat ciebie, bo ty pierwszy przegiąłeś. Nikt ci nie kazał wrzeszczeć z całej siły na U.
Fi. do wanny wrócił. Za chwilę znowu kłótnia.
- Tato, wyjmij Fila z wanny. - Skarży się U. Ja nic, tylko patrzę spokojnie, jak zerkają na siebie z zawiścią. Zastanawiam się.
- Nie, tym razem wyjmę ciebie. - Chwytam U. Już jest na podłodze.
- Aaa! Tato, idź!
- Ula, nikt ci nie kazał chlapać Filowi w oczy. Chcesz wrócić? Nie będziecie już się kłócić? - Wraca. Bawią się. Po chwili U.:
- Tato, już się nie kłócimy.
- Bardzo się cieszę, że się nie kłócicie. - W myślach trąbię sukces.

niedziela, 21 stycznia 2018

Stuknięty

Dodałem w telefonie nowy kontakt: "Stuknięty Facet". Stuknąłem go. Zagapiłem się. W korku, na czerwonym, odwróciłem się do U. No i bez hamulca auto delikatnie się stoczyło. Facet obejrzał dokładnie zderzak, jakby chciał mieć tam stan idealny. No cóż, dałem mu swój numer telefonu. I trochę zmartwiłem. Bo jeśli naprawdę jest stuknięty i dojrzy jakąś ryskę, i będzie z tym dzwonił do mnie? Może była jedna, malutka. Ale czy to przeze mnie? Przetarłem własną, czystą ręką jego zderzak, to widziałem. Ale potem pomyślałem: o co ja się martwię? Mam bogatego Tatę, zapłaci. Powie: "masz tu, synu. To na tę naprawę". Albo przekona tamtego, że ma czego się czepiać. Tak jak kiedyś goście, których stuknęła A. w poślizgu. Wyszli, zobaczyli, powiedzieli cześć i pojechali. Tymczasem my, ja mam zabiegać o co innego, o Jego sprawy.

niedziela, 14 stycznia 2018

Orkiestra

"Psy szczekają, a karawana jedzie dalej". - Mówił Jurek Owsiak w odpowiedzi na zarzuty blogera Matki Kurki. Pamiętam, to chyba było rok temu. No i jedzie dalej. Nie tylko karawana, ale i smród. Śmierdzi mi pogarda. Ci, którzy nie dają na WOŚP, odnoszą się pogardliwie do tych, co dają. I vice versa. Czy nie można inaczej? Chciałbym słyszeć: uważam, że ja mam rację, (nie) dobrze jest i (nie) należy im dawać, ale szanuję to, że ty (nie) dajesz. Proste? Dlaczego dawanie stało się rodzajem politycznego manifestu w rodzaju: "ja (nie) daję, więc jestem po dobrej stronie, a ty jesteś głupi"? Każdy daje temu, komu ufa. Kwestia zaufania nie da się zredukować do barw czarno-białych. Nawet jeśli ktoś wygrał proces sądowy, a ktoś przegrał. A gdyby nawet było czarno-białe, to gdzie szacunek? Skąd wiesz, czy plując na barykadę, nie pluniesz komuś w twarz?

piątek, 12 stycznia 2018

Powiew

Graliśmy z A. na grupie domowej. Ja na ukulele i śpiewam, A. pomaga mi na pianinie. Jest dobrze, zgrywamy się. Ale to tylko drobna część sukcesu. Sukces jest, kiedy w tym graniu wyrażam serce i autentycznie staję (lub siadam) przed Bogiem. I Duch przychodzi, jak wierzę i czuję. Aż mi dobrze, a momentami śmiać się chce - radość niewytłumaczalna naturalnie. Ale właśnie, skończyliśmy pierwszą piosenkę i Ł. mówi:
- Macie tu okno otwarte? Czy co to... jakoś mi teraz zaczęło wiać.
- Nie. - Zerkam na okno balkonowe. - To jest zamknięte. Może trochę nieszczelne, ale nie żeby wiało. Zresztą ono tak było od początku.
- Ale wcześniej nie wiało.
- No a za tobą jest okno, które jest w ogóle nie otwierane, takie bez klamki wstawione szczelnie, także nic się nie przedostanie. Serio? Może ci koc przynieść.
- Nie, spoko.
- Przyniosę.
Kończymy drugą piosenkę.
- Nie, naprawdę. - Mówi Ł. - Tak wiało...
- Potwierdzam. - Odzywa się M. - Ja też czułam, taki chłodny powiew.
- Ale my tu mamy wszystko pozamykane. W kuchni też... - Śmieję się. - To może trzecią jeszcze zagramy? - I gramy. A Ł. się prawie trzęsie. Kładę na niego rękę, modlimy się. 
- No Janka rękę czułem normalnie, ciepłą. - Mówi. - Ale ciebie - zwraca się do M. - normalnie jakby mnie paliło. Dziwne... no, mega.

czwartek, 11 stycznia 2018

Dzieciodisco

Widzę, że A. siedzi na ławce pod sklepem. I że pokazuje palcem i mógłbym czytać z ruchu ust, gdyby to nie było trzydzieści metrów: "zobaczcie, tata idzie". I biegnie do mnie U., no i Fi. jedzie na nieodłącznej hulajnodze.
— Kupiliśmy figi!!! – Emocjonuje się U.
— Tak? To wspaniale.
— Chcesz jedną. – Proponuje A.
— Nie, dziękuję, właśnie zakładam rękawiczki. To jak było?
— A, nieźle. Dopiero odebrałam twojego smsa.
— ...że przegapiłem naszą stację?
— Tak, i przewróciłam oczami: typowy Jaś. 
— Bo właśnie pisałem na telefonie bloga i dlatego tak. – Zaśmiałem się, a A. objęła mnie mocno. Ruszyliśmy dalej do domu, a Fi. hulajnogą skrobał mi marchewki.
— Najlepsze, opowiem ci, jak już wyszłam z Filem z szatni, to poszłam na ten niby dziedziniec szkolny, bo myślałam, że to jakieś zajęcia taneczne. A to bal przebierańców...
— I chłopiec mnie przewrócił! – Wtrąca U. z żalem, z oburzeniem wręcz.
— Tak, jakiś chłopiec wybiegł zza rogu i wpadł na Ulę, i ją przewrócił.
— Typowe dziecko... – Burknąłem z przekąsem.
— A najgorsze było wiesz, co?
— No.
— Że tam leciały te wszystkie kawałki: "przez twe oczy zielone zielone..."
— "...się zesrałem". – Dokończyłem frazę na złość Zenkowi M. – O, nie. To jak w "Nieściszalnych", w tym filmie, pamiętasz? "Zobacz, to miasto jest pełne gównianej muzyki, musimy coś z tym zrobić".
— A, tak. Ale czy już nie ma innych skocznych kawałków do tańca? Chociażby już ten Daft Punk.
— Co? 
— Oj, nic takiego, ale na pewno to słyszałeś. I jeszcze jedno było straszne, że te dzieciaki tak to chwytają w lot.
— A, no oczywiście, że tak!
— Niby to tak dla żartu...
— Ja myślę, że dzieci za bardzo nie odróżniają. Zresztą przychodzi taki moment, nawet nie wiesz kiedy, że kończy się żart, a zaczyna się serio. O ile na balu przebierańców cokolwiek jest serio. To jest ten sam moment, kiedy tracisz...
— Co?
— Bo ja wiem? Godność? Ha, ha, ha.
— Aż tak to nie...
— Aż tak nie?

środa, 10 stycznia 2018

Pomiędzy

Wszedł do starej sutereny, której drzwi wychodziły wprost na chodnik jednej ze śródmiejskich ulic. Chłód zagnał go do środka, tak że szybko zamknął za sobą drzwi. Prędko rozejrzał się po wnętrzu kawiarni, ale nie dostrzegł przyjaciela, który już czekał, wciśnięty w kąt. Zawiesił za to wzrok na zgrabnej kelnerce, która odwzajemniła się równie zmęczonym spojrzeniem. Zerknęła z zaciekawieniem na identyfikator, którego zapomniał zdjąć i dyndał mu na wierzchu, zdradzając właściwie wszystko.
— Dzień dobry. – Uśmiechnęła się ledwo.
— Poproszę jedno... Jedno... – Zaczął się rozglądać za etykietkami do wyboru.
— Mamy dwa. – Pokazała ręką na kraniki.
— No więc jedno to, o... – Uśmiechem ukrył zakłopotanie. – Widzi pani, po całym dniu ciężko zebrać myśli...
— Pana kolega chyba podobnie.
— O, to już tu jest? A skąd pani...
— Coś jeszcze?
— Co? A, nie, dziękuję... – Odszedł od baru z wysoką szklanką.
Przyjaciel dopiero podniósł się z krzesła.
— No, stary, ile to już...
— Ze sto lat. – Roześmiał się cicho. Zrobili miśka.
— Wpadła w oko, co?
— Ta... Ale jedno mnie zawsze peszy. Wiesz, co? Że takich, jak ja – adoratorów na pięć minut, ona ma tu codziennie tylu, że jeden więcej – to tylko kłopot. Ach, nawet nie najgorsze to piwo.
— Na pięć minut, mówisz?
— No a nie?
— No nie wiem, to ty jesteś żonaty.
— Ano, jestem. – Odsapnął, wieszając kurtkę na oparciu krzesła. – Wiesz, miałem wrażenie, że z tego zimna musiałbym tu wejść, nawet gdybyśmy się tu nie umówili.
— A ja?
— No trudno, zadzwoniłbym do ciebie. Ty w jednej knajpie, ja w drugiej. Byśmy sobie pogadali.
— Ha ha, daj spokój, to by było takie warszawskie. – Mina przyjacielowi jakoś szybko zrzedła, westchnął. – No, ale co tam u was, co u żony?
— A co ma być...
— No, kochacie się?
— Znaczy co?
— A, ja nie o tym, tylko tak ogólnie. Ale skoro już chcesz. – Zarechotał.
— Ja bym nie potrafił o tym opowiadać, wiesz? Tak się teraz zastanowiłem. To by było ciekawe przez dwie minuty, a potem... – Wziął łyk piwa.
— Potem co? 
— Potem właśnie bym nie umiał opowiedzieć, no wiesz, tego, co wokół, co przed i co po, i w tle, pomiędzy i w ogóle tego, co sprawia, że...
— No?
— ...że to jest takie świetne.
— Czyli co? A, przepraszam, właśnie ty mi nie powiesz. – Roześmiał się serdecznie, z błyskiem porozumienia w oku.
— Ha ha, bystry jesteś. No, nawet jakbym chciał...