czwartek, 2 lipca 2015

Idź nad morze, przewietrzysz głowę

Przez tydzień mogłem cieszyć się urokami plaży i bliskością żywiołu morskiego. W tym miejscu, w tym szumie słyszałem wiele szeptów, na które gdzie indziej próżno bym nadstawiał ucho. Notowałem je…

1. Zbudowałem zamek z piasku – dobrze jest patrzeć, jak opiera się falom, chociaż wiem, że to tylko przez chwilę. 

Przyszedłem nazajutrz, stał jeszcze, ale podmyty, spłaszczony, wygładzony wodą i wiatrem. Powoli zmierzał do wtopienia się w kształt jedynie słuszny tutaj, płaszczyznę plaży, podnoszącą się delikatnie ku wydmom i lasowi. Zabrałem się ponownie do pracy. Obok zamku wyrzuciłem drugą hałdę. Połączyłem ją ze starą. Wzmocniłem wszystko i podwyższyłem, pogłębiłem fosę.

piątek, 26 czerwca 2015

Wyzwanie na dzień ojca

Jednym z największych wyzwań, związanych z ojcostwem, jakie odkryłem i jakie przede mną stoi, jest miłość. A konkretnie to, by jako tata nie zepsuć tego, co naturalne: miłości dziecka i jego chęci przypodobania się. 

Podejrzewam, że ten tekst jest tyle osobisty, co uniwersalny. Innymi słowy, wierzę, że każdy może w moich doświadczeniach zobaczyć kawałek własnych zmagań.

Pamiętam, że gdy byłem mały, nosiłem pewien uraz do swojego taty. (Brzmi znajomo?) Jako dziecko byłem świadomy swojej zależności od rodziców i ich przewagi. Nota bene ostatnio przeczytałem pewną myśl Janusza Korczaka: „nie bierz tego do siebie – mówi dziecko – gdy krzyczę, że cię nienawidzę. Nie ty jesteś moim wrogiem, ale twoja miażdżąca przewaga”.

niedziela, 3 maja 2015

Róża z kolcami, konserwa z kościami

Czwartek wieczór – zatrucie, nici z majówki. A w sobotę z pomocą przyjechał tata. Ucięliśmy sobie niejedną pogawędkę, spacerując z dziećmi. A jedna z nich niech będzie osnową tego wpisu.

– …i kupiliśmy tam konserwę… – Ciągnął ojciec niezmiernie rozbawiony, opowiadając A. historię ze mną w roli głównej, komediowej – …którą na wzór radziecki chyba robili, i żeśmy ją razem z makaronem ugotowali, a tam…
– Ale zaraz – wtrącam, przecież wyście sami byli zażenowani tą konserwą.
– No pewnie, bo jak można wziąć kurczaka, oddzielić go od największych kości, a resztę porąbać siekierą albo zmiażdżyć i to wszystko wrzucić do puszki? W każdym razie

piątek, 6 marca 2015

Zabić dziecku ćwieka

„Zabić ćwieka” znaczy „sprawić komuś kłopot, zmuszając do uporczywego myślenia o pewnej sprawie, problemie”. A sprawa jest wielkiej wagi: młody człowiek musi zachować pasję do życia i wiedzieć, że nie zmierza donikąd.

Jakiś czas temu Z. – opiekun i wychowawca nie tylko własnej czwórki dzieci, ale również harcerskiej drużyny i kościelnej grupy „małej młodzieży” – zaczepił mnie podczas nabożeństwa i zadał pytanie, które do teraz pamiętam i staram się na nie odpowiedzieć. Nie jest łatwe. Akurat niosłem Fi. na rękach, przechadzając się po sali dla rodziców z dziećmi. Z. siedział przy stoliku i towarzyszyły mu dwie inne osoby, które już dały się wciągnąć w dylemat i głowiły się nad mądrym rozwiązaniem.

piątek, 27 lutego 2015

Facebook: stop. Życie: start

Czas na męską decyzję: opuszczam tę łajbę. Nie będę już siedział na fejsie. Ale dzisiejszy tekst nie będzie tylko o facebooku. Będzie też o marzeniach i zachłanności na życie, na misję i na zabawę.

Nosiłem się z zamiarem odcięcia od facebooka już długi czas. Kiedyś postanowiłem urządzić sobie post od tego. Słowo „post” jest tu o tyle trafne, że „fejsem” karmimy się wszyscy – my, którzy zaglądamy tam przynajmniej kilka razy dziennie. No i udało mi się. Przez miesiąc nie tknąłem niebieskiej ikonki „f”. Ale potem wróciłem do starych nawyków.

Z jednej strony przeszkadzało mi to. Po pierwsze dlatego, że czułem, jak

niedziela, 22 lutego 2015

Ula rodzi się szybko

Obiecałem, że napiszę coś o porodzie. Robię to… z dystansem z dwóch powodów: po pierwsze, minęło półtora miesiąca. A po drugie, był to poród mojego drugiego dziecka. Przeżyłem go jakoś spokojniej.

Po cichu A. marzyła o porodzie w domu. Z drugiej strony spodziewała się, że to wcale nie byłoby dla niej najlepsze. Stres wywołany obawami, czy naprawdę obędziemy się bez lekarza i szpitala, byłby chyba większy niż stres powodowany samą obecnością w szpitalu. Mieliśmy złe wspomnienia po narodzinach Fi. w Szpitalu Św. Rodziny na Madalińskiego. Nawet nie z powodu zastrzeżeń do personelu albo ogólnego standardu, po prostu trafiliśmy na dość gorący okres:

piątek, 30 stycznia 2015

Wzdychająca para i galareta

Siódmego stycznia urodziła nam się Ula, a mój świat stanął do góry nogami. – Dwójka dzieci – myśli ojciec dotychczas jednokrotny – to nie przelewki! – Jak sobie z tym (nie) radzę? O tym właśnie piszę dzisiaj.

— Ech! – Wzdycha A., zmęczona po pracowitym dniu.
— Ech! – odpowiadam bezwiednie, a tak szczerze, jak nigdy. I wtedy olśnienie! Mówię żonie: – Aguniu, znów jesteśmy jak narzeczeni!
— Jak to? – Pyta zdziwiona.
— Jesteśmy wzdychającą parą!
— Dobre sobie! – Westchnęła raz jeszcze, tym razem ze śmiechem.
A zatem przyszło nam salwować się poczuciem humoru. Zwłaszcza, że mi (przynajmniej) nie było wesoło. Jeszcze tydzień temu notowałem: