sobota, 21 października 2017

Wyliczanka

- Zosiu! Zooosiuu! - Krzyk U. niesie się po cmentarzu.
- Czekaj, Ula, prababcia i tak cię nie usłyszy. Siedzi za daleko. Powiem ci, kiedy będziesz mogła krzyczeć. Wychodzimy na główną aleję, widzę: siedzi. - O, patrz, jest, możesz wołać.
- Zosiaaa! - U. krzyczy, że umarłego mogłoby obudzić. Teraz razem idziemy...
Czekamy w aucie jeszcze na An.
- Jedziemy? - Pytam.
- Nie! - Mówi U.
- A dlaczego? - Badam czujność.
- Czekamy na babcię Anię! - Tłumaczy Fi.
- Och, a bez Ani wracać nie możemy?
- Nie! - U. bez wątpliwości. Fi. z nudów zaczyna jakąś piosenkę- nie piosenkę. Męczące.
A pamiętacie to? "Siedzi baba na cmentarzu..."
- ... moczy nogi w kałamarzu... - Podchwycił Fi.
- I co dalej, Ula?
- ...Przyszedł duch, babę w brzuch... - Daje U.
- Baba fik, a duch znikł! - Kończy Fi.
- No, chyba ten wierszyk lubicie... - I zaraz się rozkręcają, i już jedno przez drugie... A ja się wychylam, zerkam, gdzie An. Przychodzi.
Siadam znów za kółkiem. Zo. dopytuje:
- To co oni mówią?
- A tak, mogłaś nie usłyszeć, bo trochę niewyraźnie. To taka wyliczanka. - Teraz ja recytuję.
- Aaa ha ha. To ja myślałam, że to o mnie,  no bo siedzi baba na cmentarzu..., a dalej już nie rozumiałam. A ja na tej ławce siedziałam...
I śmiejemy się, i wracamy. Akurat lunęło. Przyszedł duch i nas chlust. Przedtem zdążyliśmy być na czterech grobach. Po drodze plebiscyt na najśmieszniejsze nazwisko wygrał mój imiennik: Jan... Nietubyć. Ale mówiąc serio, to jedyne nazwisko adekwatne. No bo facet - fik, a duch jego - (stąd) znikł. Jak to jest napisane: "świat przemija wraz ze swoją pożądliwością, ale kto wypełnia wolę Boga, trwa na wieki" (1J 2:17).

Schiza

Obejrzałem dziś trailer filmowy: "Borg / McEnroe" - o wielkiej rywalizacji między dwoma tenisistami: Szwedem Björnem Borgiem i Amerykaninem Johnem McEnroe. I od razu przypomniałem sobie inny, podobny film, który akurat zdążyłem obejrzeć - "Wyścig" opowiadający o zmaganiach kierowców Formuły 1: Brytyjczyka Jamesa Hunta i Austriaka Nikiego Laudy. Oba filmy pokazują ten sam konflikt: opanowany, genialny człowiek-maszyna (Lauda, Borg) kontra wybuchowy, emocjonalny gwiazdor (Hunt, McEnroe). Obie te figury potrafią budzić sympatię, obie mają swoje wady, które czynią je bohaterami "z krwi i kości", nam pozwalają się z nimi utożsamić, a film lub książkę połykać z wypiekami i ciekawością: kto wygra?

Wreszcie zastanowiłem się, dlaczego te charaktery i konflikt tego typu są tak powtarzalne? (Ktoś, kto się na filmach zna lepiej ode mnie, potrafiłby z pewnością podać więcej przykładów). Chyba dlatego, że obie te figury są w każdym z nas. Jest jakaś schiza i tęsknota za tym, by być z jednej strony: sumiennym, wiernym, systematycznym, wytrwałym, twardym, bezwzględnym, a z drugiej strony: duszą towarzystwa, diablo zdolnym, szczerym, ekspresyjnym, fantazyjnym typem, którego nie da się nie lubić. A co, może nie? Może, oglądając film, nie należy pytać: kto wygra, ale: CO wygra? We mnie - i w tobie.

piątek, 20 października 2017

Wysprzątać

Jest takie (nie całkiem prawdziwe) powiedzenie, że najlepsze w zapraszaniu gości jest to, że musisz przedtem posprzątać dom (motywacja!). Gości miewamy u siebie ostatnio nieco częściej. Bo od pewnego czasu zaczęliśmy grupę domową. Jest to próba wcielania w życie słów ewangelisty Łukasza: "Codziennie trwali jednomyślnie w świątyni, łamali chleb po domach i przyjmowali pokarm z radością i prostotą serca" (Dz. 2:46).

Spotkania te są regularne (co dwa tygodnie), ale... dość nieprzewidywalne. Na razie. Różny skład, różny "porządek obrad". Bardziej się poznajemy, mniej dyscyplinujemy – nie ma "żelaznych punktów programu". Jest tylko ogólne założenie, że będziemy pogłębiać znajomości, dzielić opowieściami z życia, przemyśleniami z osobistych czytań i modlitw, może też razem śpiewać i uwielbiać, modlić się, by sprawić sobie w ten wieczór coś nadnaturalnego – od Boga.

A pewnym ubocznym i prozaicznym skutkiem tych spotkań jest to,

czwartek, 19 października 2017

Studnia

Po napisaniu "Upadłego" myślałem sobie jeszcze o seksie i zdradzie. Nie będąc znawcą od googla i pozycjonowania stron, wiem, że "seks" dobrze się "klika". A "seks" + "zdrada" + "chciwość" (próżność, sława) to już w ogóle! Czemu? Nie wiem. Gdyby klikalność zależała od tego, na którym miejscu to stoi w Dekalogu, to "seks" byłby na końcu (siódme i dziesiąte). Na pierwszym zaś: "bałwochwalstwo". Ale tego na plotkarskich stronkach nie znajdziemy.

W każdym razie myśli moje krążyły wokół seksu i zdrady... mężczyzn. I wokół tych kilku wersetów od Salomona, które wywracają stereotypy "macho" do góry nogami. Wypisałem skrót. Zasadniczo skutki chodzenia oczami i nogami za innymi kobietami oraz sypiania z nimi dzielą się na dwa:

1) przestrogi: w końcu (ona) jest gorzka i ostra, to jest prosta droga do śmierci, ktoś się w końcu do ciebie dobierze (strata honoru, dorobku, czasu), bieda na starość;

2) nie marnuj się, chłopie, na zdrowy rozum: "pij wodę z własnej cysterny/studni, czy twoje źródła mają wylewać się na zewnątrz, na place?" Czytam to tak: mężczyzna ma siłę, którą może podarować kobiecie. Ta siła jest wodą ze studni. Ale on sam może ją pić! Jak? Właśnie dając kobiecie. I ciesząc się nią. Ale nie obcej, bo to bez sensu - jak wylewanie swojej wody na plac. "Niech będzie błogosławiony twój zdrój, a raduj się z żony twojej młodości". Proste jak cep.

Liczba "seksualnych partnerek" nigdy nie była dla mnie wyznacznikiem "powodzenia" lub elementem fantazji. Ale odkąd przeczytałem werset o studni, mogę to w prosty sposób wytłumaczyć każdemu facetowi.

środa, 18 października 2017

Dyskoteka

Wyszedłem ze studia, drugi dzień z rzędu nagrywam – praca po pracy, rzadko mi się zdarza. Głowa mi trochę paruje, cieszę się więc na myśl o dziesięciu kilometrach do domu. Przewietrzę się, rozruszam na rowerze, tylko... ciemno jakoś się zrobiło. A przecież kabel od dynama mam przetarty, więc tylko z przodu świeci. Sama kamizelka – to trochę słabo jak na tę trasę: Chałubińskiego, Niepodległości... No to co? Tiger. Tam na pewno dostanę jakieś świecidełko.

I oto jest! Kula dyskotekowa, mała, kilka centymetrów. Tego mi było trzeba. Staję w kolejce. Jakaś klientka, nad wyraz wesoła, uśmiecha się pięknie i nawet podryguje w rytm "My Baby Just Cares For Me". Zawsze w tym sklepie grają lata 60. Klientka ma jedną wadę (o której wiem): stoi przede mną i trochę wydziwia przy kasie. Ale w końcu moja kolej: płacę, wychodzę i montuję kulę dyskotekową na bagażniku. Och, wybornie. Teraz wszyscy będą mnie widzieć, na zmianę na: czerwono, żółto, zielono, niebiesko. A w dodatku... mam prezent-niespodziankę dla dzieci!

U. wita mnie w przedpokoju. Mówi mi, zadowolona:
— Mam dla ciebie coś, zobacz! – I daje mi pieska pluszowego.
— Och, dziękuję! A ja też mam coś dla ciebie! Właściwie dla was...

wtorek, 17 października 2017

Upadły

Pojawiły się hasztagi #metoo #jateż, będące deklaracją w rodzaju: "byłam przedmiotem nękania lub napaści na tle seksualnym". W pierwszym momencie pomyślałem: odważne – to jakby pokazanie na sobie jakiegoś stygmatu. W drugim momencie: no nie! Przecież jest odwrotnie: to sprawcy powinni być stygmatyzowani, nie ofiary.

Nie ma i nie powinno być nic wstydliwego w mówieniu: mnie też kiedyś ktoś dręczył. To nie jest przyznanie się do słabości. Jest to raczej wytknięcie palcem, alarmowanie, piętnowanie, pokazanie skali problemu społecznego (ilu ludzi to dotyczy). Owszem, wymaga odwagi nazwanie rzeczy po imieniu.

Najlepiej nazywać zło złem wcześnie; kiedy jeszcze wygląda "niewinnie", tak jak w tej kampanii społecznej [WIDEO]. To, co kończy się gwałtem, zaczyna się jako seksistowskie żarty lub wulgarne przezwiska. Łatwo (zbyt łatwo, niestety) wyobrażam sobie,

poniedziałek, 16 października 2017

Niespodzianka

— Aha, to dla Ani? – Upewniam się.
— No, tak...
— A myślałem, że go sięgnęłaś dla nas, żebyśmy się przykryli. Dopiero patrzę: nowy wzorek, nowa metka. Ładny...
— Tak?
— Pewnie. Dobry miałaś pomysł. – Chwalę. A. chowa koc z powrotem do szafy. I kładziemy się "na chwileczkę". A. zaliczyła dziś kilka kursów rowerem z przyczepką z dziećmi. Ja nie tak fizycznie zmęczony, ale głowę mam ciężką: od dwunastu godzin gdzieś w drodze, w pracy. Dużo miałem dziś w Instytucie, potem jeszcze wywiad w Radiu...
Pika domofon.
— Ula, słyszałaś?
— To babcia Ania!
— Tak! Biegnij ją przywitać! – Na boku: – He he, poszła. – I dalej leżymy, zmęczeni, nie do życia. An. otworzyła, weszła.
— Babciu Aniu! – Słychać z przedpokoju. – Mamy w szafie dla ciebie... – Zaczyna U. Ale chyba się zreflektowała, biegnie tu z powrotem. – Mamo, możemy otworzyć szafę?
— Nie, musimy poczekać...
— Nie! Nie musimy czekać!
— Ale dziś nie ma urodzin babci. Babcia ma urodziny w sobotę. – Tłumaczymy. U. przemyślała sprawę. Posmutniała, chyba się pogodziła. Biegnie po raz trzeci – znów do An.
— Mama powiedziała, że nie możemy otworzyć szafy!
Śmiejemy się. Ja mam komentarz w dwóch słowach:
— Mistrzyni niespodzianek... 
— Chyba to ma po babci.