niedziela, 3 maja 2015

Róża z kolcami, konserwa z kościami

Czwartek wieczór – zatrucie, nici z majówki. A w sobotę z pomocą przyjechał tata. Ucięliśmy sobie niejedną pogawędkę, spacerując z dziećmi. A jedna z nich niech będzie osnową tego wpisu.

– …i kupiliśmy tam konserwę… – Ciągnął ojciec niezmiernie rozbawiony, opowiadając A. historię ze mną w roli głównej, komediowej – …którą na wzór radziecki chyba robili, i żeśmy ją razem z makaronem ugotowali, a tam…
– Ale zaraz – wtrącam, przecież wyście sami byli zażenowani tą konserwą.
– No pewnie, bo jak można wziąć kurczaka, oddzielić go od największych kości, a resztę porąbać siekierą albo zmiażdżyć i to wszystko wrzucić do puszki? W każdym razie

piątek, 6 marca 2015

Zabić dziecku ćwieka

„Zabić ćwieka” znaczy „sprawić komuś kłopot, zmuszając do uporczywego myślenia o pewnej sprawie, problemie”. A sprawa jest wielkiej wagi: młody człowiek musi zachować pasję do życia i wiedzieć, że nie zmierza donikąd.

Jakiś czas temu Z. – opiekun i wychowawca nie tylko własnej czwórki dzieci, ale również harcerskiej drużyny i kościelnej grupy „małej młodzieży” – zaczepił mnie podczas nabożeństwa i zadał pytanie, które do teraz pamiętam i staram się na nie odpowiedzieć. Nie jest łatwe. Akurat niosłem Fi. na rękach, przechadzając się po sali dla rodziców z dziećmi. Z. siedział przy stoliku i towarzyszyły mu dwie inne osoby, które już dały się wciągnąć w dylemat i głowiły się nad mądrym rozwiązaniem.

piątek, 27 lutego 2015

Facebook: stop. Życie: start

Czas na męską decyzję: opuszczam tę łajbę. Nie będę już siedział na fejsie. Ale dzisiejszy tekst nie będzie tylko o facebooku. Będzie też o marzeniach i zachłanności na życie, na misję i na zabawę.

Nosiłem się z zamiarem odcięcia od facebooka już długi czas. Kiedyś postanowiłem urządzić sobie post od tego. Słowo „post” jest tu o tyle trafne, że „fejsem” karmimy się wszyscy – my, którzy zaglądamy tam przynajmniej kilka razy dziennie. No i udało mi się. Przez miesiąc nie tknąłem niebieskiej ikonki „f”. Ale potem wróciłem do starych nawyków.

Z jednej strony przeszkadzało mi to. Po pierwsze dlatego, że czułem, jak

niedziela, 22 lutego 2015

Ula rodzi się szybko

Obiecałem, że napiszę coś o porodzie. Robię to… z dystansem z dwóch powodów: po pierwsze, minęło półtora miesiąca. A po drugie, był to poród mojego drugiego dziecka. Przeżyłem go jakoś spokojniej.

Po cichu A. marzyła o porodzie w domu. Z drugiej strony spodziewała się, że to wcale nie byłoby dla niej najlepsze. Stres wywołany obawami, czy naprawdę obędziemy się bez lekarza i szpitala, byłby chyba większy niż stres powodowany samą obecnością w szpitalu. Mieliśmy złe wspomnienia po narodzinach Fi. w Szpitalu Św. Rodziny na Madalińskiego. Nawet nie z powodu zastrzeżeń do personelu albo ogólnego standardu, po prostu trafiliśmy na dość gorący okres:

piątek, 30 stycznia 2015

Wzdychająca para i galareta

Siódmego stycznia urodziła nam się Ula, a mój świat stanął do góry nogami. – Dwójka dzieci – myśli ojciec dotychczas jednokrotny – to nie przelewki! – Jak sobie z tym (nie) radzę? O tym właśnie piszę dzisiaj.

— Ech! – Wzdycha A., zmęczona po pracowitym dniu.
— Ech! – odpowiadam bezwiednie, a tak szczerze, jak nigdy. I wtedy olśnienie! Mówię żonie: – Aguniu, znów jesteśmy jak narzeczeni!
— Jak to? – Pyta zdziwiona.
— Jesteśmy wzdychającą parą!
— Dobre sobie! – Westchnęła raz jeszcze, tym razem ze śmiechem.
A zatem przyszło nam salwować się poczuciem humoru. Zwłaszcza, że mi (przynajmniej) nie było wesoło. Jeszcze tydzień temu notowałem:

wtorek, 6 stycznia 2015

Jestem małym Jasiem

Każdy ma tyle samo czasu: dwadzieścia cztery godziny. A że się nie daje rady, że w rutynie coraz więcej jest obowiązków, a coraz mniej zabawy – to inny problem. Można uciekać, chować się… albo podjąć wyzwanie: będzie inaczej!

„Jestem małym Jasiem / nikt nie widzi mnie / będę spał pod kocem / tak, jak tylko chcę”. Kiedy mówię, a właściwie nucę te słowa, moja żona już wie, o co chodzi i jaki jest ciąg dalszy mojej małej piosenki-mruczanki. Najpewniej skończy się tak, że zasnę nie tam, gdzie trzeba. Cóż poradzić, kiedy poduszka tak się uśmiecha, a kanapa

środa, 24 grudnia 2014

Córeczka i dobroć bez limitu

Już tylko ledwie ponad tydzień dzieli nas od spotkania z naszą córeczką. A ja wcale tego jakoś nie czuję – trochę nieświadomy, że już zaraz wydarzy się coś bardzo ważnego.

— Kasia urodziła! – Oznajmiła mi radośnie A., chyba tydzień temu.
— O, nie, tylko nie to. – Odpowiedziałem od pały i bez sensu, dla żartu… Bo właściwie co miałem odpowiedzieć? Cieszę się oczywiście, że przyjaciołom z kościoła urodziło się dziecko, niejednym zresztą. Słyszałem przynajmniej o trzech narodzinach z listopada i grudnia, wśród naszych znajomych. No, ale wiadomo, że o wiele więcej radości sprawi mi moja własna córeczka. Pierwszego stycznia – to tego dnia mamy spodziewać się porodu.