czwartek, 7 września 2017

Ogarek

W radiu pewien podróżnik mówił, że mieszkańcy wysp na Pacyfiku są bardzo religijni. Wiecie, faceci jeszcze do niedawna nosili tylko zasłonki z liści bananowca, które zmieniali co tydzień, owijając przyrodzenie i podczepiając do paska. Historycznie: pierwsi dotarli tam protestanci, więc tych jest więcej. Ale i katolików niemało. Jednocześnie bardzo dobrze mają się wierzenia animistyczne. Ludzie praktykują jedno i drugie. „Tak na wszelki wypadek” – dodał podróżnik.

Słucham tego i uśmiecham się na samą myśl, że to takie naiwne, trywialne, prostackie. Chłopska mądrość – Panu Bogu świeczkę, a diabłu ogarek. Ale, ale! Przecież co robi światły Europejczyk? Co robię ja? Tak czasami, tak trochę, tak malutko? Co robię w odcieniach szarości mojej wiary? Wierzę, ale ogarniam sprawy po swojemu. Tak na wszelki wypadek.

środa, 6 września 2017

Zasady

Fi. mówi:
— Tato, zobacz na mnie!
— Spójrz na mnie! - Poprawiam.
— Spójrz na mnie! - Powtarza.
— Ojej, masz ogon ze sprężyny? Świetny!
— No, i macham nim...
— Widzę, to niezwykły ogon! - Chwalę... no właśnie, co ja właściwie chwalę? Chyba kreatywność. Kiedyś grupie eksperymentalnej polecono wymyślić jak najwięcej rzeczy, które można zrobić ze spinacza biurowego. W tej grupie były dzieci, młodzież i dorośli. Okazało się, że liczba "wynalazków" jest odwrotnie proporcjonalna do wieku. 

Mając to w pamięci, myślę, że niech i ta plastikowa sprężyna będzie ogonem. Niech będzie czymkolwiek, co sobie Fi. wymyśli. Bo na tym polega zabawa. Chociaż jak dla mnie jedyną NAPRAWDĘ zabawną zabawą, jaka może być ze sprężyną, jest układanie schodkowego

wtorek, 5 września 2017

Zorientowany

Wspomnienia z wakacji, Toruń. Wzięła mnie gorączka i bóle głowy. Łupie jakoby młotkiem – trzy dni, ale najgorsza jest środa. Leżę przez cały dzień w łóżku, w pełnym rynsztunku. Termometr mówi: 39 stopni, ale mi zimno. Zimne poty: już mokre spodnie, mokra koszulka i sweter, mokre prześcieradło i kołdra. Ibuprom łykam z rzadka, trochę pomaga. Poza tym staram się robić to, co zwykle, gdy jestem chory: szczególnie więcej uwielbiać Boga, bo jest dobry. To pomaga. I piszę do bliskich, żeby się o mnie modlili. Poza tym umawiam się do lekarza, na następny dzień.

Jedziemy. Szczęściem było łatwo tę wizytę umówić (z pracy mam PZU); nieszczęściem – fakt, że to prawie na obrzeżach miasta. A nasz hostel w centrum. No, trudno. Jedziemy wzdłuż torów.
— Filu, patrz, pociąg towarowy! – Fi. bardzo lubi pociągi. Atrakcją jest czasem samo odwiedzenie stacji.
— Tato przyspiesz! Musisz dogonić go!

poniedziałek, 4 września 2017

Danuta

Pierwszy dzień szkoły - jadę rowerem zakutany po czubek głowy: na głowę kaptur, na kaptur kask. Tak nawet nie przewieje mi uszu. Jadę wolno, łatwo się spocić w tej kurtce. Słucham radia. Prowadzący zachęca do wspomnień nauczycieli, którzy byli dla nas ważni. Ja pamiętam moją wychowawczynię z podstawówki, panią Danutę. Śmieszne, że teraz tak to oceniam: "ważny", "nieważny". Wtedy mnie nieraz wkurzała, kiedy dostawałem w zeszycie (i dzienniku) pałę za brak rysunku. Potem znów szóstkę za to, że jednak pracę domową odrobiłem, chociaż po terminie. Z piekła do raju - naiwne myślenie. Oceny były tym, czy być powinny - tak myślę dziś - narzędziem

niedziela, 3 września 2017

Ryba

Podaje ci ktoś rękę wiotką jak ryba. Fuj! Chcesz uścisnąć, a tu takie byle co. Podobnie jak o tej "rybiej ręce" myślę o "rybiej miłości".
- Dlaczego jesz rybę?
- Kocham rybę.
- ...i dlatego ją złowiłeś, zabiłeś i usmażyłeś?
- No, nie...
- Właśnie, właściwie zrobiłeś to, bo kochasz siebie, więc zrobiłeś sobie przyjemność z jedzenia ryby.

Powiastkę tę przytoczył rabin - słucham go z fejsbukowego filmu. Dodaje, że dziś większość miłości to jest taka "rybia miłość". Gdy młodzi zakochują się w sobie, to często po to, żeby "ten drugi

sobota, 2 września 2017

Mecz

— O nie, a ja specjalnie na ten mecz kupiłam prażynki i chipsy… – Mówi Al. siostra.
— O nie, a ja specjalnie kupiłem piwo! – Dodałem ja. Nic nie smakuje. Albo raczej: smakuje źle. Jak każda porażka… K. szwagier zasnął po trzecim golu dla Duńczyków. Ja go szturchnąłem. – Patrz, czwarty nam wkopali. Psia mać. – Zakląłem beznamiętnie.
— Emm, eh, co, tak, em… – Pomamrotał i drzemał dalej obok mnie wsparty na kilku poduszkach. Może i lepiej tak. Jemu lepiej. Ja ze złych emocji nie mógłbym usnąć.
No bo raz, że nam Duńczycy haniebne manto spuścili. („Nam” – no bo „my” tam na boisku, całym narodem!) Gdyby jeszcze Polacy grali

piątek, 1 września 2017

Patryk

A. poszła po sprawunki. Dzieci dojadły lody. Wdrapały się teraz na helikopter. Taki mały, do którego wrzuca się dwa złote, żeby zaczął bujać. Ale ja nie mam dwóch złotych, bo A. zabrała portfel, a ja nie noszę swojego. Nawet karty, bo zgubiłem... Wprawdzie tylko na balkonie, ale przezornie zdążyłem na amen zablokować. Siedzę teraz obok helikoptera na krawężniku, w słońcu chylącym się ku zachodowi.

I zastanawiam się: ile można się bawić w takim helikopterku, który się nawet nie rusza? Szczęśliwie nikt moich dzieci nie nagabuje, że okupują zabawkę, właściwie z niej nie korzystając. Mieliśmy iść na plac zabaw, ale przecież nie musimy. Posiedzę, zobaczę, kiedy skończą. Czy w ogóle mnie widzą? Chyba nie. Śmiesznie.

O, idzie jakiś z laską. Z jednej strony ma próg nabrzeża, z drugiej przerywane płotki ogródków restauracyjnych. Urwał mu się ciąg, stoi. Myślę: może się zagubił. Co mi tam, zapytam.
- Pomóc?
- A, no tak, dzięki. Wiesz, gdzie tu jest jakaś knajpa, gdzie będzie trochę ciemniej?