poniedziałek, 8 stycznia 2018

Radocha

- Mamo, a mógłbym się przejechać tą ciuchcią?
- No... Ech, Filu... - Zaczęła się wahać A., patrząc na głupią zabawkę w centrum handlowym. Głupią jak dla nas - rodziców. Wrzucasz dwa złote, a ciuchcia (albo samolot, albo co tam jeszcze - pełno tego badziewia) kiwa się i huśta, a dziecko w środku wykonuje ruchy podobne do kogoś, komu się zbiera na wymioty. I jest szczęśliwe. - Synku, ale ja nie wiem, czy ty będziesz mieć z tego radochę.
- Mamo, proszę, mogę?
- No dobrze. - Złamała się i wrzuciła dwójkę. Fi. kiwa się i kiwa, i po chwili mówi z pewnością:
- Mamo, jest radocha.

niedziela, 7 stycznia 2018

Pozycja

Oglądamy film. Mówili, że familijny, ale z całej familii na placu boju została tylko A. i An. teściowa, bo U. zasnęła, Fi. się znudził, a ja wyszedłem razem z nim. No bo tak ładnie prosił. Najpierw wiercił się, potem sobie poszedł, potem chyba uznał, że nie chce się bawić sam, bo wrócił i prosił, żeby znaleźć mu część od zabawki. Część, która właściwie nie jest taka znowu niezbędna, ale fakt, że mama lub tata pójdzie jej szukać, to już sukces i... zaspokojona potrzeba uwagi.

Tej części - małego czerwonego pypcia, tj. końcówki od zabawkowego stetoskopu - nie znalazłem. Po prawdzie, nie miałem nadziei, że go znajdę, bo co trzy-cztery dni sprzątam dość dokładnie dziecięcy pokój i pudełka, do których wrzuca się z podłogi jak leci przed spaniem... i czerwonego pypcia od dawna nie widziałem. No ale poszedłem. Zaczęliśmy bawić się w dźwig - do kija, który U. znalazła na spacerze, przywiązałem wstążkę - z jednej strony węzłem prostym do kija, z drugiej strony zawiązałem kluczkę, żeby powstała pętla. I tak ratowaliśmy zwierzątka przed niechybnym i strasznym utonięciem w kanale. Czemu akurat kanale - nie wiem.

W końcu wszystkie zwierzątka z całego pokoju, w zasięgu wzroku, nawet tygryskowe kapcie U. - wylądowały w ciepłym i bezpiecznym domku. Uznałem więc, że misja zakończona i na chwilę wrócę do filmu - żeby zaliczyć jeszcze końcówkę. Wchodzę, leżą: An., A., U. (ta ostatnia nadal nieprzytomna). A. mówi:
- Jasiu, jesteś najlepszym mężem na świecie!
- E? - Podnoszę brwi, robiąc minę: "ale ja nic nie zrobiłem".
- No bo tak poszedłeś z tym Filem, a my możemy sobie oglądać film...
- Ach... - Podrapałem się w głowę. - No to tak, jestem najlepszy - pomyślałem i zasępiłem się: - Tylko w której pozycji? (patrz załącznik)

piątek, 5 stycznia 2018

Jądro

- A wie Pan, pewien człowiek, który pomaga wychodzić z uzależnienia od pornografii, mówił mi, że łatwiej o sukces i wolność od nałogu, kiedy nie skupiasz się na tym, by "tego" już nie robić. Raczej trzeba zastanowić się, co cię do "tego" pcha. Może jakiś brak, czyli niezaspokojona potrzeba, może rana, może chęć udowodnienia sobie czegoś, może przymus zagłuszania sumienia lub potępienia itd. - Staram się mówić fachowo, bo prowadzę  audycję. Mój rozmówca-psychoterapeuta słucha cierpliwie. Może dlatego, że już zna odpowiedź. Albo takie zboczenie zawodowe. - I jeśli zajmiesz się sobą - ciągnę dalej - tak dogłębnie, to będzie ci łatwiej siebie zrozumieć i walczyć z uzależnieniem.
- Ja bym powiedział, że i tak, i nie. - Odparł po sekundzie namysłu. - Bo jak powiedział Józef Tischner, jakoś mi te jego słowa zapadły w pamięć, nie musimy znać natury zła, żeby z nim walczyć. Zresztą i tak nigdy tego w pełni nie pojmiemy, bo nasze poznanie jest aspektowe.
- Nie musimy wchodzić w "jądro ciemności" i mówić "ohyda", jak u Conrada?
- Czasami, w pewnych przypadkach, pomaga po prostu to, że zajmuję się życiem i to uzależnienie schodzi na dalszy plan.

środa, 3 stycznia 2018

Wszystkiego

...najlepszego w Nowym Roku! - Tyle razy usłyszałem dziś te słowa, że aż się zadumałem: a niby co to znaczy? Dla każdego co innego - to jasne. Chociaż...
Ktoś powiedział, że światu nie brakuje dziwów i cudów, brakuje tylko zachwytu. A zatem... może i ja nie potrzebuję "wszystkiego dobrego", tylko więcej radości? Może nie tylko ja. Może wszyscy.
"Wszystko dobre" dla każdego znaczy to samo: cieszyć się, być wdzięcznym za to, co jest. Komu? A komu chcesz. Jednak to radość ukryta w pakiecie życia z Bogiem jest w stanie przetrwać wszystkie próby.
Uczę się patrzeć na swoje dzieci jak najczęściej jak... typowy dziadek albo babcia. To znaczy jak na sukces, dar, radość, dumę, zabawę. A coraz mniej (oby do zera) jak na: porażkę, trud, utrapienie, zadanie. Choć te ostatnie są też częścią prawdy o rodzicielstwie.
I wiecie, co? Nieźle mi idzie - to noszenie różowych okularów. Pozwala mi też... chcieć więcej. Nie tylko więcej dzieci. W ogóle: więcej z życia. Słowem: wszystkiego najlepszego.

wtorek, 2 stycznia 2018

Sorki

Drugi stycznia - dziwny dzień, pracujący-niepracujący. Mam czas, żeby obskoczyć dzieci. Po dziewiątej wracam z przedszkola, buty zdejmuję, kurtkę... Czuję już unoszący się wszędzie zapach kawy. Oho, a więc A. znalazła lub próbowała znaleźć sobie jakąś jamę (albo gałąź, jak jaguar ze zdobyczą), w każdym razie samotnię, żeby tę kawę pochłonąć spokojnie, najlepiej z książką. Zaglądam do sypialni i, oczywiście, A. siedzi w łóżku, czyta, kawę popija. Lecz, primo, nie sama, secundo, nie swoją książkę czyta, tylko "kurczaki luzaki" - dla U. Skończyła. Ja kładę się obok.
- To może tata ci teraz poczyta? - A. zwraca się do U., a tak naprawdę do mnie.
- Tato, poczytasz mi "Kurczaki i bazyliszek"? Tak ładnie proooszę.
- Noo... Mógłbym... - Przyznaję z wahaniem. - Ale wczoraj wieczorem wam to czytałem, może teraz coś innego? - Proponuję, żeby zaproponowała coś. U. zaczyna się więc przewalać po mamie.
- Ula, ale ja bym chciała wypić spokojnie kawę.
- Nie. - Ucina dyskusję U. - Sorki.

poniedziałek, 1 stycznia 2018

Nowy

Jest taki obrazek Mleczki, na którym strażak zsuwa się po rurze nogami do góry i ląduje twarzą na betonie z wybitym okiem i zębami - na to dwóch kolegów pokpiwa sobie i pada jedno słowo komentarza: "nowy"! Na szczęście, gdy zmienia się rok w kalendarzu, nie wszystko zaczynamy od nowa. Pewne rzeczy trwają w najlepsze. A inne, zwłaszcza błędy, chcielibyśmy na zawsze pożegnać i... często się udaje, bo inaczej się już nie da. Dzień po dniu odchodzą do przeszłości. Bez cezury, bez przełomu, bez fanfar, bez uciekania w obcą przestrzeń, bez udawania.

Przychodzi taki dzień jak pierwszy stycznia i między odgrzewaną fasolką po bretońsku z wczoraj, a odgrzewaną jajecznicą z rana zastanawiam się: jak można nie być domatorem? Zwłaszcza tego dnia. Co tu robić? Można by dokądś wyjść, ale trochę w powietrzu zimno, trochę brudno, trochę sennie. W ogóle dobre ("bo polskie") jest to siedzenie w domu i zapraszanie do domu. W Warszawie chyba więcej tego trzeba, bo jak już się porobiło mnóstwo knajp - nowocześnie i wielkomiejsko, to naraz zanika zwyczaj przyjmowania u siebie. A u siebie - po staremu w tym nowym roku: ciepło, czysto, swojsko.