poniedziałek, 31 lipca 2017

Języki

— No a jak młodsze? – Zapytała mnie K. znajoma.
— Ula? Uparciula? Bardzo dobrze. Zdrowa, bardzo zabawna, mądra, piękna… tęcza emocji na twarzy.
— Oj, coś czuję, że „córeczka tatusia”…
— W sensie że co?
— Że ją rozpieszczasz, masz do niej słabość, więcej wybaczasz…
— Czy ja wiem… Na pewno staram się być mniej surowy. Albo myślę, że mógłbym być mniej surowy. Gdy już pójdzie spać. – Roześmiałem się, sam z siebie. I dodałem po namyśle: – Rozpieszczać trzeba. Jak najwięcej. A przy tym wymagać. A przede wszystkim rozumieć. Oto wyzwanie!
— Bo co?
— Bo ja wiem? Bo dziewczynka? – Strzeliłem. To rozbawiło K.
—  Możliwe. A może to kwestia charakteru.
—  Może być. – Zastanowiłem się chwilę, a myśl ciążyła ku tamtemu: – Najlepiej rozpieszcza się dziecko przez… bycie z nim, poświęcanie uwagi, przez zabawę, towarzystwo, pomoc, pochwały… Z tym trudno jest przesadzić. Z braku czasu po prostu. Najgorzej rozpieszczać słodyczami i filmami – o, tu jestem bardziej restrykcyjny, więc już mi nie powiesz „córeczka tatusia”.
— He, he, Krecik, Masza i Niedźwiedź… tja…
— Tak, uwielbia oglądać… – Tu rozmowa urwała się, jak to bywa w sieci.

A z tymi filmami to właśnie tak jest. Nieraz próbowałem przekonać A.:
— Nie za dużo! Zwłaszcza w sobotę – czy ten dzień może się zacząć bez bajki? Zresztą bez względu na dzień – wszystkie filmy, nawet te niegłupie, mają jedną wspólną wadę: pozostawiają niewiele miejsca na wyobraźnię. Właściwie śmiesznie mało, jeśli wziąć pod uwagę, jak fantastyczna, dziwna, strzelista, twórcza jest dziecięca wyobraźnia. – Na to A. potakuje. Zwłaszcza, że sama selekcjonuje bajki dość wybrednie – według swojego gustu i rozsądku, za który ją cenię. Trochę się ze mną zgadza, a trochę nie:
— ...ale Ula lubi bajki. Ja też lubiłam. I lubię jej dawać to, co ona lubi.
— Hm, to i cóż z tego? – Odparłem. Lub tylko pomyślałem, nie mogąc znaleźć mądrej i ostatecznej odpowiedzi.

Ale może to właśnie kwestia mojego charakteru i zrozumienia? Może to dlatego, że sam najmniej doceniam tak zwane dary; najmniej z pięciu języków miłości. Książki Gary’ego Chapmana nie czytałem, ale samą ideę zapamiętałem, bo wydała mi się pomocna. W ogóle bezcenna jest wrażliwość na potrzeby innych – odmienne przecież od moich. Tylko że… to trudne. No dobra, możesz jeszcze jakoś pojąć swoją żonę, że ona... od czasu (1) i dotyku (2) woli praktyczną pomoc (3), miłe i budujące słowa (4) oraz upominki (5). A teraz masz jeszcze, załóżmy, czwórkę dzieci i każde jest inne – mają różne priorytety. I może być tak, że tydzień leci za tygodniem, mija bezpowrotnie, udowadniając twoją ignorancję. A może być też inaczej, jeśli tylko postarasz się zauważać te znaczące szczegóły; poznawać swoich najbliższych z wolą okazywania im miłości – w taki sposób, jaki najbardziej do nich przemawia.

niedziela, 30 lipca 2017

Planeta

— Nie "już wychodzić"!
— Ale już musimy, Ulciu.
— Nie mu–si–myy... – Uparła się, jęcząc. – "No tak..." – Myślę. – "Będzie dąsanie". – Tymczasem U. uciekła na drugi koniec placu zabaw, jakby to dawało jej jakąś nadzieję, że dzięki temu nie będzie musiała go opuścić tak od razu.
— Zobacz. – Mówię do Ju. dziadka. – Przykuła się do zjeżdżalni. Jak Greenpeace do drzewa.
— He, he, he.
— He, he. – Faktycznie U. leży na ciepłym, stalowym "lądowisku" średniej zjeżdżalni. Wychodzimy za furtkę. Rowery czekają. W przyczepce siedzi już Fi. U. widzi nas, że czekamy za płotem. Rozpacza tym bardziej, ale na wszelki wypadek "przykuwa się" trochę bliżej – do plastikowej planety.

Mnie bierze trochę współczucie, wracam – stąpam po tartanie, który ugina się delikatnie pod nogami. Siadam na planecie obok. Jak dwa światy – mój i córki. Siedzę tak przez chwilę, nic nie mówiąc. Myślę: czasem trzeba tak posiedzieć. Siedzenie obok też się liczy. Mówię w końcu:
— Ulciu, jest ci tak bardzo przykro i żal, że już chcemy iść, tak?
— (U. twarz skrywa w dłoniach, przytulona do swej planety, ale kiwa głową potakująco).
— A mogę przytulić cię i pocieszyć?
— (Kręci głową na nie). – Ja myślę: "No, ja przecież jestem pierwszy, co kazał wychodzić i zabawę kończyć, jakżebym mógł teraz pocieszać"?
— A mama może cię pocieszyć? Zawołać mamę?
— (Potakuje). – Idę po A.

— Pocieszysz Ulę?
— Nie.
— No weź, już jej obiecałem, że przyjdziesz. Mnie nie chce.
— Od rana ją dziś pocieszam. Obudziła się zła, zasypiała na drzemkę zła, wstała zła i zjadła, ale też zła. – Narzeka A. Ach rzeczywiście, pamiętam jak zajrzałem do sypialni około dwunastej – U. goła, nie chcąc się ubrać, w końcu "odpadła" w głęboki sen. A jednak tutaj przez dłuższy czas była w dobrym humorze.
— No, już nie przesadzaj, miała dobre momenty... – Przekonuję, ale niepotrzebnie. A. poszła już, wzięła na ręce U. Jest z powrotem.
— Chcesz jechać z dziadkiem, z tatą i z Filem? w przyczepce rowerowej?, czy ze mną i z babcią samochodem? – Pytam U.
— Samochodem. – Zdecydowała po krótkim namyśle. A ja pomyślałem, że już po wszystkim. Choć to wcale nie jest oczywiste. Bo że teraz mówi tak, to nie znaczy, że za chwilę jej się nie zmieni. Ale to już było za moimi plecami. Ruszyliśmy z moim tatą i z Fi. w przyczepce, przez alejki w cieniu drzew, przez krzaki, do ścieżki, do ulicy.

Każdy miał kiedyś taką myśl, żeby się schować. Lubiliśmy jako dzieci "bazy" z kocy, jamki pod kołdrą i tajne kryjówki na podwórku. Gdy nie ma się gdzie ukryć, wystarczą dwie dłonie i własna "planeta". I czas. Czas. Czas... Każdy na tej planecie potrzebuje czasem posiedzieć – myślę – nawet dziś, kiedy jesteśmy tacy dorośli i poważni, kryjąc focha za fasadą twardej miny, zamiast dziecinnie – za pudłem, kocem i rękoma.

sobota, 29 lipca 2017

Taryfa

Śniło mi się, że jadę metrem z A. Nie mamy biletów. Jakoś tak wyszło, nie wiem, czemu; czy to z roztargnienia, czy z zamierzenia. Przez całą drogę nikt nie kontrolował, ale w końcu wsiedli jednak. Wsiedli tam, gdzie zawsze – tak mi się przynajmniej we śnie zdawało. I od razu, pomijając innych pasażerów, skierowali się do nas. Plułem sobie w brodę, że wiedziałem i nic nie zrobiłem, i pędziliśmy tunelem na spotkanie tego głupiego przeznaczenia, jakby nieświadomi. A. dostała całą karę. Ja myślałem, że też dostanę, no bo czemu nie? Chociaż… co?! Zaczęli pytać: kiedy skończyła mi się ważność karty miejskiej – niedawno.
— Aha, no to mógł pan się trochę zapomnieć. Wymiar kary będzie trochę mniejszy. – Mówili ku mojemu zaskoczeniu. Potem było jeszcze bardziej absurdalnie: – I ma pan dzieci? Aha, dwójkę… Dobrze… To jeszcze trochę zmniejsza karę. I jeszcze… – Tutaj już się prawie roześmiałem, chociaż nie wypadało przy kontrolerach, którzy chcą mi pójść na rękę. – …jeszcze widzimy tutaj w systemie, że oddawał pan krew.
— Tak, ale tylko dwa razy i ani razu nie udało się pełnej dawki, było do wyrzucenia.
— To nie szkodzi, liczy się podjęta próba. Paragraf trzeci, ustęp dziewiąty… – Ciągnął kontroler. Inni pasażerowie od początku przysłuchiwali się ciekawie, ale teraz na wielu twarzach odmalowało się niemałe zdziwienie. Zresztą ja też to czułem.

I obudziłem się z tym jednym odczuciem. Było ono najtrwalszym snu składnikiem. Cała reszta – jak zawsze – szybko wyparowywała z mojej głowy, jak eteryczna substancja. Bo ja albo snów nie miewam, albo szybko je zapominam. I zazdroszczę tym, którzy codziennie wstają z łóżka, pamiętając całą historię, która przewinęła się przez mózg jak film. – Wróciłem myślami do snu, chwytałem obrazy, słowa, zanim zapomnę. Jakby zapisywał na twardym dysku świadomości. Zacząłem też analizować: – „Przecież z tymi kanarami nie ma tak dobrze. Nie ma i nie będzie”. – Kiedyś miałem taką nadzieję, że mogliby łagodzić kary dla tych, którzy niedawno mieli jeszcze ważny bilet miesięczny, bo… mogli przecież przyzwyczaić się do tego, że wsiadają do autobusu i nie muszą kasować biletu. Myślałem o tym zwłaszcza wtedy, gdy sam się znalazłem w takiej sytuacji (nieraz przejechałem się na gapę, bo zapomniałem skasować naszykowanego biletu). Powinny być przecież jakieś okoliczności łagodzące. Powinno być rozróżnienie: więcej płacą notoryczni gapowicze, a mniej – ci, którzy przez większość roku sumiennie dofinansowują komunikację miejską swoimi biletami kwartalnymi. Podobno kary za wykroczenia drogowe (dla przykładu) zmieniły się tak, że są zależne od przeszłości kierowcy. Łagodniej karani są ci, którzy nie przeskrobali za dużo. Ostrzej – piraci, którzy mają głęboko gdzieś ograniczenia prędkości i inne przepisy.

Ale szczerze… nie wierzę w to, żeby kiedykolwiek ktoś wprowadził takie zasady z biletami. Kara to kara. Jest jedna taryfa i kropka. Tylko jakoś trudno to zrozumieć w życiu. Analogicznie: komuś, kto popełniał małe grzeszki, trudno uwierzyć, że jest tak samo winny, jak ten obłudnik, zdrajca, hazardzista, dziwkarz, ćpun, oszust, morderca, antykościelny radykał, ateista, szyderca i cynik. Tak w istocie jest, lecz dla każdego jest też jedna i ta sama droga ratunku: Jezus.

piątek, 28 lipca 2017

Psychowiara

Zrobiłem kolejny wywiad do audycji z cyklu „Problemy wzięte z głowy”, który ma wystartować za parę tygodni w Radiu Chrześcijanin. Zasadniczo jest to audycja robiona we współpracy ze Stowarzyszeniem Psychologów Chrześcijańskich, więc jako taka ma popularyzować nie tylko samą psychoterapię, ale psychoterapię w podejściu chrześcijańskim. Ostatnie nagranie szczególnie dotyczyło właśnie tego: pokazać, co to w ogóle jest. Za mną dwie rozmowy z Anną Ostaszewską – psychoterapeutą, wykładowcą i autorką ważnej książki w tym temacie*.
 
A czemu piszę o tym tutaj? Ot, wzmianka. Może kogoś to zachęci do szukania pomocy, jeśli nie radzi sobie ze swoją przeszłością, jeśli przeżywa niektóre sytuacje nieadekwatnie dramatycznie, bo emocje są nawarstwione, spotęgowane czymś, co się wydarzyło kiedyś i nie zostało właściwie „przeżyte”. O emocjach mówi się, że są wypierane lub „zamrożone”.
 
No dobrze, ale dlaczego psychoterapia chrześcijańska? Sceptyczni są zarówno psychoterapeuci niewierzący, jak i sami (niektórzy) chrześcijanie. Ateiści mówią: toć to może jaki zabobon albo terapia udawana, a właściwie ewangelizacja? Ale chrześcijańskich terapeutów obowiązuje to samo: mają być dobrze wykształconymi fachowcami. I są. A do tego szanują, czy uwzględniają wiarę pacjentów. Takie są teraz zalecenia m.in. WHO. Taka jest teraz tendencja na świecie. W Stanach (ale też innych krajach zachodnich) od początku wieku już bardzo mocno akcentuje się fakt, że branie pod uwagę wiary pacjentów pozytywnie wpływa na efektywność psychoterapii – zostało to klinicznie udowodnione. Istnieją akredytowane programy psychoterapeutyczne (chrześcijańskie). W fachowych serwisach i wyszukiwarkach uwzględnia się wiarę terapeutów. Ludzie szukają kogoś, kto ich nie zignoruje, kiedy powiedzą o Bogu, nie zbagatelizuje szczególnej etyki, którą się kierują, porozmawia z nimi o ich wierze na poziomie doświadczeń, a nie poprawnej teologii, jak ksiądz lub pastor.
 
Chrześcijanie z kolei czasem wyobrażają sobie, że aby pomóc człowiekowi, wystarczy skupić się na Bogu. Poza tym – jak mówi Anna Ostaszewska – mogli zrazić się pewnymi błędami w praktyce, które – przyznaje – były. Jednak to, że jakiś człowiek został źle wyleczony, mówiąc ogólnie o medycynie, nie znaczy, że lekarze są niepotrzebni. A czy psychoterapeuta leczy czasem „z Bożą pomocą”? W wyjątkowych przypadkach, w ostateczności ponadnaturalna pomoc z góry może mieć miejsce. Moja rozmówczyni podała przykład innej terapeutki, gdy jedna z pacjentek podczas sesji wyjęła żyletkę i chciała się pociąć. Co by zrobił przeciętny terapeuta? Uciekł po pomoc? Gdyby wrócił, mogłoby być za późno. Próbował powstrzymać? To trochę niebezpieczne. Sytuacja tragiczna. Tamta terapeutka zaczęła się modlić w duchu. Pacjentka poczuła Bożą obecność, szybko odeszła ją chęć pożegnania się z życiem. Przynajmniej na tę chwilę.
 
Czasami odwołanie się do wiary może być dodatkową motywacją dla pacjenta w mierzeniu się z problemami psychicznymi, takimi jak: uzależnienia, depresja, raniące relacje. Czasem dociera się do ściany, obnaży wszystkie mechanizmy, wyćwiczy sposoby radzenia sobie w trudnych sytuacjach, a wciąż wydaje się, jakby człowieka ogarniała beznadzieja, bezsilność. Czasami problemy psychiczne rzutują też na to, jak chore wyobrażenia ma człowiek o Bogu i o swojej z Nim relacji. Czasami… A może często? Podobno zapotrzebowanie na psychoterapię rośnie, a psychoterapeutów za mało. Zwłaszcza tych wierzących.

* "Psychoterapia integratywna w podejściu chrześcijańskim", Anna Ostaszewska, Gdańskie Wydawnictwo Psychologiczne, drugie poszerzone wydanie maj 2017.

czwartek, 27 lipca 2017

Ufam

Miałem wczoraj, z okazji piątej rocznicy ślubu, wspaniały wieczór. Mieliśmy. No i trochę przemyśleń na temat naszego małżeństwa. Ale... co z tego?
1. Nie wypiszę tu, za co uwielbiam moją żonę, bo bym zanudził wszystkich, którzy nie są w niej tak zakochani, jak ja.
2. Nie zrobię listy, co mi się podoba w tym, jak ona się zmienia, bo to nieco zbyt osobiste. A jeślibym wykreślił z listy te "osobiste" punkty, to będzie niepełny obraz.
3. Nie napiszę zestawu dobrych rad, bo sam ich nie czytam. Nie to, że nie lubię, ale... rady mają to do siebie, że... albo polepszają ci samopoczucie, bo myślisz: "właśnie tak robię, jestem kozackim królem życia", albo szybko je zapominasz. Śmieszne, co? Tylko 1 promil (wartość szacunkowa, na pałę) skłania do realnych zmian w życiu, nie dlatego, że tak mało jest świetnych rad, tylko dlatego, że niewielu ludzi bierze serio jakąkolwiek radę.
4. Wreszcie... nie będę pisał wspomnień, bo na to jeszcze mam dużo miejsca na tym blogu.

Zatem... co napiszę? Z jednej strony myślę tak: pięć lat - czym jest pięć lat? Mało. Krótko, a poza tym jest kilka rzeczy, które bym poprawił. Z drugiej strony nie mało. Zresztą cóż to za praktyka: nazywać "małym" cokolwiek ze swoich, najmniejszych nawet osiągnięć lub błogosławieństw? To prowadzi do porażki! Powiem więc: dużo! Duże jest to wszystko, co mam dzięki żonie i dzieciom. Duzi są oni. Ja jestem duży. Jestem strasznie wdzięczny. 

Nie przeszkadza mi nawet, że nie jestem oczytany w temacie rodziny. Jestem za to ulepiony z wielu małych mądrości. I ubabrany w łasce. Nic z tych rzeczy, o których się słyszy o związkach w formie przestrogi, nie wydarzyło się w naszym małżeństwie. Nie troszczę się o przyszłość. Kiedyś moja bratanica S. ułożyła z naszych inicjałów akronim: U.F.A.J. "Przyjadą do nas UFAJ-e"! Jej! Ale mi się to spodobało. Jakie mocne! Prorocze! Nie wiem tylko, co powinno być dalej, gdybyśmy mieli więcej dzieci. Chyba tylko ZAUFAJ! Ufaj miłości. A ja...

* Ufam miłości, którą jest osobowy Bóg, mój Tata. On wszystko zaplanował, on honoruje moje decyzje, On prostuje moje ścieżki, On mi wybacza, On daje siły, On wyciąga mnie z mętnych bagienek i wyrywa z marazmu, On popycha do przygody, On spędza ze mną czas i mówi do mnie, i słucha, On chroni, gdy jest źle, On zabezpiecza i zaopatrza, On zna moje potrzeby, zanim je wypowiem, On mnie kocha i czeka na mnie, On jest wszystkim.

** Ufam miłości, która jest między innymi "uznawaniem drugiego za wyższego od siebie". Paweł apostoł daje taką radę, pisząc list do Filipian - do ich zboru, ale to jest też kluczem do udanego małżeństwa - w życiowych planach, w pracy, na wakacjach, w kuchni, w łóżku. Jest kluczem - niezbyt wzniosłą umiejętnością - jak ułożenie noża przy krojeniu chleba lub wiązanie sznurówek. Ale też czymś, co daje wielką frajdę. 

Jak to, a ja? JA NIE JESTEM WAŻNY?? Jeśli masz z tym problem (a ja czasem mam), to wróć do pkt 1 - do Boga. On jest nieskończenie wyższy od każdego z nas, a jednak uniżył się tak, że umarł za nas i zmartwychwstał, a tak odkupił nas z niewoli i śmierci, gdzie każdy popadł z własnej winy. Ten akt miłości odbiera mowę, wyciska łzy (nawet teraz - mi), kończy rozterki, przywraca spokój serca, napawa nadzieją i sprawia, że się chce... kochać. A dla chcącego nic trudnego.

*** Ufam miłości, która jest poświęcaniem czasu, dawaniem serca dzieciom, stawianiem wymagań i odpuszczaniem ich głupot. Ufam, że to jedyne, co może je uchronić przed złymi drogami. Nawet, jeśli nie masz żadnej złotej zasady, metody albo mundrego podejścia do rodzicielstwa. Miłość może uchronić, ale nie tak, że nigdy im do głowy nie przyjdzie złooo. Bo od tego jest głowa, żeby (jak najczęściej!) myśleć w bok. I od tego życie, żeby czasem zejść na manowce. Ale uchronić tak, że zawsze znajdą światło, które je wyprowadzi do miejsca... ufności.

środa, 26 lipca 2017

Wszystkiemu

- A wiesz, że Ula, jak dzisiaj wstała, to - tak, jak zawsze woła: mamo! - tak teraz wołała: tato! - Relacjonuje mi A.
- Ojoj, naprawdę? - Rozczuliłem się. - Szkoda, że już wtedy dawno byłem wybiegłem do pracy. Ale przecież Ula też często sama wychodzi z łóżka i z pokoju, nie?
- Tak, ale teraz wołała. I widzisz, jeden wieczór z nią spędziłeś i już ją masz. - Śmieje się A.
- Ha ha... No nie jeden, nie jeden.
- No dobra, nie jeden. Ale patrz, nawet pozwoliła ci, żebyś ją spać położył.
- A, to fakt. Impossible.
- A zawsze chce, żebym ja poleżała przy niej.
- Prawda. Ale akurat wczoraj to nie było trudne, bo usnęła w dwie minuty, taka zmęczona była. A tak na marginesie, to... nie pierwszy raz już "pozwoliła". - Znowu podkreślam swoje wielokrotności.

A potem pomyślałem, wracając z pracy rowerem, że wprawdzie można śmiać się z dziecka, że "zdradza" mamę tylko po jednym wieczorze spędzonym z tatą lub babcią, ale... jest to śmieszne tylko powierzchownie. Gdy się nad tym lepiej zastanowić, to... ta dziecięca ufność, że ktoś, kto ci poświęca czas, kocha cię i nie opuści, i nie zawiedzie, a już tym bardziej nie zrani - ta ufność jest godna podziwu i naśladowania. A właściwie nie naśladowania; raczej do odnalezienia gdzieś w sobie, w sercu. Gdy się poszuka głęboko, gdy się sięgnie (nieraz) daleko w przeszłość, odnaleźć można te same emocje, to samo nastawienie. Może i naiwne, ale... taka jest miłość - "wszystkiemu wierzy, we wszystkim pokłada nadzieję".

wtorek, 25 lipca 2017

Wpływ

W moich rękach wreszcie książka: "Kpiarz śmiertelnie poważny - rozmowa z pastorem Markiem Ciesiółką" - pastorem kościoła, w którym jestem od siedemnastu lat. Znam Marka dość dobrze. Po co więc czytać? Powód bezpośredni: muszę przygotować się do wywiadu. Pośredni: jestem ciekaw, co tam naopowiadał - czego jeszcze nie wiem lub nie przeczuwam. A od pierwszych stron rzuciła mi się w oczy przeplatanka: pewności i niepewności siebie. Na przykład raz ocenia, że jest bardzo dobry w tym, co robi i że jest to służba doniosła (przy całej marności życia), zaraz jednak przyznaje, że przez te trzydzieści lat życia oddanego Bogu bardziej świat ukształtował jego, niż on zmienił świat. Choć ambicji na to zmienianie świata chyba nigdy mu nie brakowało.

Myślę: jest w tym jakaś uczciwa skromność. Z jednej strony każdy z nas tworzy "swój świat" wokół, a z drugiej - jest on taki, jaki jest; nie wybiera się go, podobnie jak nie wybiera się rodziców. Tę dwoistość trzeba poznać, zaakceptować, wykorzystać. Przy całej znikomości mojego istnienia jednak mam wpływ! Żeby go odkryć, wystarczy sobie wyobrazić, jak wyglądałby świat beze mnie. Jest to równie straszne jak... trudne. Czasem wymaga pomocy anioła - jak w starym amerykańskim filmie z 1946 r. pt. "To wspaniałe życie" (polecam!). Główny bohater - George Bailey całe życie poświęca się dla innych, lecz w pewnym momencie kryzys pcha go na skraj samobójstwa. Anioł posłany, by go uratować, zmienia rzeczywistość tak, by zobaczył, co by było gdyby... nigdy się nie urodził. Jest to doświadczenie szokujące, przerażające i... oczyszczające.

Odwróceniem tej sytuacji jest o ponad pół wieku młodszy film "Family Man". Nicholas Cage jako Jack Campbell dla odmiany całe życie poświęca dla... siebie, by później odkryć, co stracił i co (jeszcze) może zyskać - rodzinne szczęście, sens i realny wpływ. Wniosek jest dość prosty, ale bardzo mocny: tym więcej mam wpływu na świat, im mniej żyję dla siebie. Choć mogę tego wpływu nie doceniać, nie dostrzegać, podobnie jak Mojżesz mógł nie czuć wcale, że jego twarz jaśnieje po spotkaniach z Bogiem, gdy przemawiał do ludu Izraela. Mógł sobie myśleć coś w stylu: - "Po co to wszystko? I tak amerykańscy naukowcy udowodnili, że tylko 25% ludzi naprawdę słucha kaznodziei".

Mój brat i jego grupa laboratoryjna etnologów badała kiedyś na Polesiu postać szeptuchy - jest to rodzaj znachorki, szamanki, czarownicy. O tym, że praktyki szeptuch nie są tylko śmiesznym zabobonem, przekonali się, gdy jedna z nich, zirytowana nagrywaniem rozmowy, "zaszeptała" dyktafon i później w tym miejscu na kasecie pojawiły się... szumy i trzaski. Co ciekawe, szeptuchy też chodzą do cerkwi. Co ciekawsze: jedne po to, by się kajać za swoje czary, a inne - by czerpać moc. Tak przynajmniej myślą. Może to się wydawać śmieszne, ale ilu ludzi tak funkcjonuje? Odwiedzają kościół po to, by wyzbyć się trochę wstydu albo żeby się "pozytywnie naładować". Niewielu zaś - po to, by coś cennego dać. Nie mam na myśli pieniędzy, raczej: dać chwałę Bogu, dać wsparcie i zachętę "braciom i siostrom". Niewielu jest dowodem na to, że służba pastora ma wpływ. I czemuż się dziwić rozterkom duchownych?