Wyszedłem ze studia, drugi dzień z rzędu nagrywam – praca po pracy, rzadko mi się zdarza. Głowa mi trochę paruje, cieszę się więc na myśl o dziesięciu kilometrach do domu. Przewietrzę się, rozruszam na rowerze, tylko... ciemno jakoś się zrobiło. A przecież kabel od dynama mam przetarty, więc tylko z przodu świeci. Sama kamizelka – to trochę słabo jak na tę trasę: Chałubińskiego, Niepodległości... No to co? Tiger. Tam na pewno dostanę jakieś świecidełko.
I oto jest! Kula dyskotekowa, mała, kilka centymetrów. Tego mi było trzeba. Staję w kolejce. Jakaś klientka, nad wyraz wesoła, uśmiecha się pięknie i nawet podryguje w rytm "My Baby Just Cares For Me". Zawsze w tym sklepie grają lata 60. Klientka ma jedną wadę (o której wiem): stoi przede mną i trochę wydziwia przy kasie. Ale w końcu moja kolej: płacę, wychodzę i montuję kulę dyskotekową na bagażniku. Och, wybornie. Teraz wszyscy będą mnie widzieć, na zmianę na: czerwono, żółto, zielono, niebiesko. A w dodatku... mam prezent-niespodziankę dla dzieci!
U. wita mnie w przedpokoju. Mówi mi, zadowolona:
— Mam dla ciebie coś, zobacz! – I daje mi pieska pluszowego.
— Och, dziękuję! A ja też mam coś dla ciebie! Właściwie dla was...