niedziela, 31 grudnia 2017

Bezkrytycznie

- Nie, prowadzę. - Uśmiechnąłem się, ze smakiem zerkając na garnek grzanego wina. Patrzę: amatorzy mocniejszych trunków pozostawili w wyciskarce sporo soku z cytryn. Me gusta! Nalałem sobie tego sporo i łakomie do szklanki i dopełniłem gazowaną. Przyjemnie. 
- Słyszałem, że mówiłeś Uli, że mówisz do niej jak do córki. - Szwagier szturcha mnie w ramię i zerka na moją kuzynkę, U. 
- O, nie, tak nie mówiłem. Raczej że po prostu na co dzień ciągle "Ula" i "Ula", a tu nagle inna Ula, zupełnie kto inny, no i dorosły, i mam wrażenie, jakoś tak dziwnie do niej mówić: Ula - że to jak do córki, więc... właściwie... no dobra, może tak mówiłem. 

Sam zacząłem się śmiać z siebie, że tak się zaplątałem, aż wróciłem do punktu wyjścia. U. też się śmiała. 
- A widzisz, Janek, no no... - Szwagier podkręca, prowokuje po swojemu. 
- No a Uli w pierwszej sekundzie nie poznałem, tak się dawno nie widzieliśmy. Chociaż przecież wiele się nie zmieniła. Nawet się przedstawiłem: cześć, Jasiek. Ale już wszystko wiem, wszystko mi opowiedziała. 

U. we Francji siedzi tak długo, jak my z A. po ślubie. I ciekawie opowiada. I nie ona jedna. To z tym, to z tamtym chwilę słowo zamienię. A. siedzi i wypytuje R., która z Wrocławia tu wpadła. Sami swoi, dobrze, niezobowiązująco - do zabawy, do jedzenia, do (nie)picia, do pogadania. I tańce wchodzą. Al. siostra, gospodyni - rej wodzi i najwięcej ze wszystkich tańczy. I dołączają jedni i drudzy, i ja w końcu też, na chwilę. 

Aż siądę i popatrzę i od tych obrotów się zakręci jakiś skobelek w głowie: że można tak właśnie być, jak ja teraz jestem - bezkrytycznie wobec siebie. Robić tak, jak się podoba i lecieć wprzódy, w tany i tak dalej, gdziekolwiek i cokolwiek, i nie rozważać wciąż na nowo, nie wałkować na trzy i cztery strony słuszności podjętych kroków i ukrytego sensu. Może ja za bardzo refleksyjny jestem. Może za często mówię: nie, prowadzę.

sobota, 30 grudnia 2017

Zalogowany

Rozbawił mnie dzisiejszy mail od Instagrama: "Witaj, jpziolko! Masz chyba problemy z zalogowaniem się na Instagramie". Ha, ha! Naprawdę, dziękuję za poprawienie mi humoru! Nie mam problemu, po prostu już się nie loguję i nie używam. To nie znaczy, że przestałem zupełnie tracić czas w internecie. Ale z radością widzę, że można się ograniczyć. A im więcej jestem wylogowany z tych wszystkich ustrojstw, tym bardziej mogę być "zalogowany" do... nieba.

piątek, 29 grudnia 2017

Pretensje

Dziś na grupie domowej przeczytaliśmy o dwóch "łotrach", którzy wisieli obok Jezusa. Zaciekawiło mnie, co powiedział ten "zły" - ten, który nie uwierzył w Zbawiciela i który drwił: - Czy Ty nie jesteś Mesjaszem? Wybaw więc siebie i nas. - Tak powiedział (co wiedział).

Zaskakujące, ile z tego pokpiwania jest we mnie. I w każdym z nas. Niestety, nie jest tak, że zawsze do końca ufam. Pozostaje czasem cień, drobna pretensja; coś, jakaś pycha, każe mi stawiać się (nieświadomie) wyżej Boga - narzekać, że On nic nie robi, a powinien. - A skąd ty wiesz, co Bóg powinien? - Zapytam sam siebie. I dodam, za księgą Hioba, cytując samego Pana: - "Gdzie byłeś, gdy zakładałem ziemię? Powiedz, jeśli wiesz i rozumiesz".

Nie znaczy to, że w każdym nieszczęściu trzeba się dopatrywać swojej winy i słusznej kary; tak jak "dobry łotr", który nawrócił się, wisząc na krzyżu. Czasem drążę ciemną pustkę i nie znajduję powodu dla cierpienia, jak u Hioba.

A może jest jeden powód, jedyny: właśnie wtedy, gdy nie pada żadna sensowna odpowiedź na pytanie o cierpienie, wtedy można powiedzieć Bogu najszlachetniejsze słowa pochwały i uwielbienia. Bo wtedy są najszczersze. Gdy uwielbiam pomimo, to nikt, a zwłaszcza diabeł, nie powie o mnie, jak o Hiobie: "czy za darmo jest tak bogobojny"? Zresztą, może sobie mówić. Ja wiem swoje.

czwartek, 28 grudnia 2017

Pół

Spotkanie trwało może trzy, może pięć minut. Spotkanie w pół drogi. Nawet nie w kinie czy gdzieś na kawie, nawet nie... Tylko na przystanku. I nie był to przystanek, na który chciałoby się wracać lub tam przesiadywać, otoczony murkiem z bluszczem albo krzakiem róży. Nie, duża, podmiejska ulica, , stara wiatka z pogiętej blachy i szkła, które ktoś już dziesięć razy wysprejował, a ktoś zmył. I nie była to wiosna. A jeśli była, to wczesna, pochmurna i zimna. Tak, przede wszystkim zimna. Taka, w którą nie chce się spacerować, a najwyżej rozmawiać na czacie. Bo kiedyś modne były czaty.
- A jakie masz oceny? - Zapytała dziewczyna, zmieniając temat.
- No... czwórki, piątki... - Odpowiedział. I dodał: - A jakie to ma znaczenie?
- Nie, w sumie... - Zawahała się, patrząc gdzieś w dal, w przecznicę. Spojrzała znów w jego oczy: - A lubisz czytać?
- Lubię, chociaż...
- Co?
- Znowu tak dużo nie czytam, może książkę w miesiącu. A ty?
- Ja... Chyba pójdę już. Może się kiedyś jeszcze spotkamy. 
- Może tak... - Patrzył, jak wsiada do autobusu. Zaczęli oddalać się o te swoje pół drogi. A może pół bajki.

środa, 27 grudnia 2017

Podcinka

W szkole biegałem nieźle. Któregoś razu zostałem zabrany na zawody dzielnicowe. Tłum dzieciaków z całych Bielan zjechał się na stadion Hutnika, gdzie zostały wytyczone wszystkie trasy przełajowe - po starej, żużlowej bieżni, po trawiastym boisku, po leśnych ścieżkach. Na swój start czekałem może dwie i pół godziny i nikt nie był w stanie powiedzieć, kiedy to będzie. 

Gdy już nadszedł ten czas, już mocno zniechęcony dołączyłem do grupki uczniów tłoczących się przed taśmą startową. To miały być chyba trzy kilometry. Nagle - pach! - wystartowali - ci z przodu. Po kilku sekundach straty ci z tyłu też mogli ruszyć. O, matko! No dobra, niech tam! Biegniemy, biegnę w grupce. Kurzy się niemiłosiernie, Gdzieś z przodu liderzy. Już ich nie dogonię. Nie mam jak. To jest jak na schodach w metrze w godzinach szczytu. 

Nagle wpadam na kogoś. Nie "wpadam"" - padam! Leżymy! Karambol. O mnie też się ktoś potknął i tak - przynajmniej kilkanaście osób utknęło. Kto pierwszy się podniesie, nie depcząc pozostałych, ten spryciarz. Lecz najważniejsze: jaka przyczyna tego wypadku? Większość z tego śmiesznego "peletonu" jest w szoku - skąd to i jak to?! 

Oto i przyczyna: metalowy pręt wbity w ziemię został przechylony przez taśmę uwiązaną na czubku. Taśma wytycza trasę biegu, więc naturalnie na zakręcie każdy chce lecieć jak najbliżej taśmy. Czarny pręt na tle czarnego żużlu jest niewidoczny. Podcinka dla biegaczy doskonała! Nie muszę chyba wyjaśniać, jak bardzo byłem tym zażenowany. Ale dokończyłem bieg. Dokończyłem, no bo co? Jestem  tu, żeby biec. A nie, żeby trasę naprawiać.

wtorek, 26 grudnia 2017

Przeczekanie

W ten drugi dzień Świąt wracamy ze spaceru. Chyba pierwszy raz od dawna wybraliśmy się do lasu bez samochodu. Zawsze ten samochód, bo lasu pod domem nie ma. Ale dziś metrem, bo jest, jeździ na pierwszej linii specjalny skład przystrojony w lampki, tapety i śnieżynki, i mikołajowe maski. Dzieci z jeszcze większą ochotą obserwują ten pociąg. 

Po lesie z wózkiem, z hulajnogą... Idziemy raźno.
- Ja już nie wiem. - Rzucam do A., a trochę do Fi. - Czy ja ciągnę sanki, czy hulajnogę? Święta są, to i sanki powinny być. Tylko co, po tym błocie? - Ciągnę na pasku Fi., a Fi. zadowolony, nawet odpychać się nie musi. Czasem tylko napotkamy gałąź, wtedy jest wypadek albo szybki skok na ziemię. Śniegu ani śladu. U. wybiegała się, zasnęła. Fi. już też ledwo się trzyma, głowę pochylił, jedzie slalomem. Dziw, ale jedzie dalej. Już asfalt, już las mamy za sobą.

Jedną ręką ciągnę za pasek hulajnogę, drugą ręką chwytam za kurtkę, żeby się nie wywalił. Przez chwilę niosłem na barana, ale ciężko. A. pcha wózek z U., ja ciągnę Fi. i wtedy widzę w oddali, z naprzeciwka pomarańczowe, migocące światełko. Przyspieszam kroku. Fi. płynie jak we śnie. Podbiegam, nie odwracam się nawet; za mną A. na pewno też zdąży - myślę. Autobus dojeżdża do skrzyżowania, a ja z Fi wpływamy na przystanek, rychło w czas.

Wtedy, w ostatnim momencie, dopada autobusu A., biegiem, z wózkiem. Pakujemy się wszyscy razem, spokojnie, już wracamy, nareszcie. Fi. zadowolony, ożył nagle i wpakował się w mgnieniu oka na siedzenie, obserwuje ulicę. 
- Nawet się nie obejrzałeś, czy zdążę. - Spotyka mnie chmurne spojrzenie A. 
- Wiedziałem, że zdążysz, że masz łatwiej, bo nie podtrzymujesz za chabety chwiejącego się na hulajnodze chłopaka...

- A gdybym nie zdążyła? Co byś zrobił? Odjechałbyś?
- Nigdy! - Odpowiadam szczerze, choć nieco egzaltowanym tonem. - Przewidziałem to. Gdybyś się spóźniła, na pewno próbowałbym kierowcę wziąć na przeczekanie, jakoś zatrzymać, żeby nie zamknął drzwi. A jeśli nie, to... tak, zostałbym. - Zapewniam A. i myślę, że na tym przecież polega całe małżeństwo, tak ogólnie i metaforycznie rzecz biorąc.

poniedziałek, 25 grudnia 2017

Wiadomości

Tak trochę z braku laku, bo ciocia lub babcia, lub teściowa telewizor włączyła, bo A. usypiała dzieci, bo mi się nie chciało zmywać... (każdy powód jest równie "dobry") - obejrzałem bożonarodzeniowe "Wiadomości", które de facto "wiadomościami" nie były, tylko takim programem publicystyczno-religijnym z tezą. Albo z wielością tez, które przekazuje się w podtekście lub explicite, bez pardonu. 

Oto dowiadujemy się z "Wiadomości", że narodził się Jezus. Wypowiedzi biskupów jedna za drugą. Brakuje tylko czerwonego paska, że to pilne doniesienia. W tym samym czasie na całym świecie i w całej Polsce dzieje się dużo ciekawych rzeczy, o których nic nie wiadomo. Papież Franciszek idzie za figurką małego Jezuska, a potem się przed nią pochyla. Ja opieram brodę na ręku, żeby i moja głowa nie opadła. 

I naraz zerkam na babcię, bo babcia mówi: 
- No, i ludzie nie wierzą, że się Zbawiciel urodził. A tu wszystko widać. 
- Babciu, ale... - Sam nie wiem, od czego zacząć. - Takie obrazki nieprzekonanych nie przekonają. Co najwyżej cud jakiś, świadectwo życia, miłość i w ogóle, Duch Święty.
- No, też racja. Ale mi się podoba, że to jest tak naocznie... - Kwituje. 

I oglądam dalej, aż do końca te szopki. I sobie unaoczniam do bólu. I próbuję wczuć się w duszę twórców tych specyficznych instalacji religijno-patriotycznych. I zrozumieć. Ale nie rozumiem. Wiara moja od tego nie wzrosła. Raczej nadwątlona została. Nie mam żalu, nie gniewam się, ale... Tak, już lepiej bym zrobił, gdybym wziął, kolędy zagrał i pośpiewał. Może to żadna nowina, ale przynajmniej... przeżycie.